... przecież nie mogło być inaczej...
Zastanawiam się czy to tylko ja zostałam tak hojnie obdarowana przez los, że zawsze trzymają się mnie dziwne przypadki i nic nigdy nie toczy się zwyczajnym, zaplanowanym rytmem?
Może ja mam jakiś "paranormalny" magnes, który przyciąga i dostarcza w nadmiarze nieprzewidzianych emocji...
Dobrze że ja już od jakiegoś czasu przestałam planować szczegółowo dalej niż na dwa dni do przodu bo chybabym dostała wrzodów na żołądku.
Oczywiście i tym razem z moim wylotem nie mogło być inaczej... Co prawda w najśmielszych założeniach przewidywałam najwyżej opóźnienie być może kilkugodzinne związane ze wzmożonym ruchem VIPów przylatujących na uroczystości pogrzebowe, ewentualnie po raz kolejny "kombinowane" połączenia bez jakiejkolwiek logiki i zachowania kierunku. Nawet nie wzruszyłabym się gdyby mnie puścili przez Nowosybirsk. Przywykłam i się z tym już nawet pogodziłam. Tego typu "niedogodności" mam wkalkulowane w życiorys i po latach praktyki nawet mi ciśnienia nie podnoszą, ale chmura pyłu wulkanicznego znad Islandii to już nawet jak na mnie lekka przesada...
W czwartek wieczorem doniesienia odnośnie paraliżującego ruch pyłu skwitowałam wzruszeniem ramion, w piątek tylko grzecznie napisałam maila jakie mam podejmować kroki gdyby w niedzielę lot został jednak odwołany. Dostałam w odpowiedzi numer infolinii z dopiskiem "proszę wierzyć że będzie wszystko dobrze". Zgodnie z otrzymanymi wytycznymi "pełna wiary" dzisiaj rano zjadłam śniadanie po czym ze stoickim spokojem przeczytałam na LOT komunikat że w dniu dzisiejszym również wszystkie loty odwołane. Ok 18 ma zapaść decyzja co do jutra. Chociaż może i dobrze że jak to mam w zwyczaju, pakowanie odłożyłam na ostatni dzień przed wylotem, w ten sposób oszczędziłam sobie kłopotu z rozpakowywaniem. Czekam wobec tego na kolejny komunikat czy mam się pakować czy nie.
Swoją drogą jestem ciekawa co oprócz pyłu wulkanicznego może mi się jeszcze przydarzyć...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz