niedziela, 18 kwietnia 2010

no to poleciałam...

no i z tego wielkiego "kambeku" zrobił się "nieco spóźniony", choć jak tak dalej pójdzie to nawet i "mega spóźniony", chociaż mówi się lepiej późno niż wcale...
Chwilowo tak czy inaczej utknęłam, nie wiadomo do kiedy. Jak to mam w zwyczaju szukając dzisiaj pozytywów tej sytuacji doszłam do wniosku że i tak nie jest najgorzej. Pozytywy które znalazłam przedstawiają się następująco:
- mogłam na przykład lecieć z jakimiś śmiesznymi przesiadkami i utknąć na 3 doby na jakimś terminalu, to dopiero byłby kanał...
- mało tego że zaoszczędziłam czas na pakowaniu walizki to do tego mam jeszcze wszystko poprane (bo czekało na wyjazd)
- nareszcie od nie pamiętam kiedy wolny weekend i nawet nie muszę się wygęgać z łóżka

Negatyw jest jeden zasadniczy a mianowicie że dalej nie wiem kiedy polecę. Rano tylko przytomnie zadzwoniłam zmienić rezerwacje na samolot, żeby mieć już coś w ręku, a nie próbować załatwiać jak odblokują przestrzeń i dowiedzieć się że najwcześniej za 2 miesiące. Z resztą sympatyczny Pan powiedział że tak czy inaczej pierwsze wolne miejsce na bezpośredni lot ma dopiero za tydzień, więc zasugerowałam że mogę lecieć nawet przez Mozambik byle coś znalazł wcześniej. Zaliczania Afryki i Azji udało się uniknąć tak więc wersja na teraz jest wtorek przez Wiedeń. Trzymajcie kciuki.

AAAA za wszystkie smsy, maile, telefony z zapytaniami odnośnie mojego wylotu dziękuje. Ufam że przemawia przez Was prawdziwa troska, chociaż w głosach niektórych słyszałam wyraźne rozbawienie. Mam nadzieje że to nie oznacza że śmiejecie się ze mnie w duchu tylko po to aby mi dodać otuchy...
:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz