Na początek oczywiście "mój zamek", jako że do chwili obecnej jest chyba moją przygodą życia:)
Wieczór już mniej więcej opisałam na żywo, zakopana pod stertą kocy w mojej celi koło barbakanu. Ciepło rzeczywiście nie było a grzejniczek, który dostałam, nie był w stanie nagrzać wystarczająco całego pomieszczenia, a już tym bardziej kamiennych murów. Ale w obliczu takiej możliwości i tak byłabym w stanie znieść nawet minus 20:) Nawet telepiąc się z zimna z latarką w ręku, zrobiłam w nocy obchód jak prawdziwa pani na włościach. Trochę było strasznie, a po powrocie okazało się że nawet moja mucha mnie opuściła. Nie wiem czy ewakuowała się w poszukiwaniu cieplejszego miejsca czy zwyczajnie zdechła. Fakt faktem zostałam sama, aż w uszach cisza dzwoniła. Dobrze, że byłam zmęczona po całym dniu jeżdżenia po Transylwanii i udało mi się zasnąć. W przeciwnym przypadku istniałaby szansa że zaczęłabym "słyszeć głosy"...
Rano Pan Kustosz jak mniemam oprowadził mnie po zamku i znów zabrał do siebie nakramić:) Dogadywaliśmy się w większości na migi ale jak widać to międzynarodowy język. Dostałam oprócz śniadania jeszcze dwa jabłka na drogę:).
Mój zamek z zewnątrz
Barbakan a po prawe widać okienka mojego miejsca nocnego spoczynku.
Widok na dziedziniec
Całość zdjęć można obejrzeć na flikerze
Postaram się w miarę systematycznie publikować i opisywać kolejne miejsca tym bardziej, że naprawdę trafiłam na wiele interesujących.
Aaaa... To była ta sławna "noc wampirów", ale jakoś nic mnie w nocy nie pytało czy jadłam czosnek, ani nie pogryzło, no chyba że nie pamiętam...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz