czwartek, 3 grudnia 2009

Tour de Transylwania cz1

Wnioskując na przykładach z historii, stwierdziłam że tak czy inaczej jednorazowo nie uda mi się ani streścić całości wycieczki ani opublikować zdjęć. Na marginesie zdjęcia znad morza dalej leżą odłogiem. Podjęłam zatem męską decyzję, że będę to robić na raty.
Na początek oczywiście "mój zamek", jako że do chwili obecnej jest chyba moją przygodą życia:)
Wieczór już mniej więcej opisałam na żywo, zakopana pod stertą kocy w mojej celi koło barbakanu. Ciepło rzeczywiście nie było a grzejniczek, który dostałam, nie był w stanie nagrzać wystarczająco całego pomieszczenia, a już tym bardziej kamiennych murów. Ale w obliczu takiej możliwości i tak byłabym w stanie znieść nawet minus 20:) Nawet telepiąc się z zimna z latarką w ręku, zrobiłam w nocy obchód jak prawdziwa pani na włościach. Trochę było strasznie, a po powrocie okazało się że nawet moja mucha mnie opuściła. Nie wiem czy ewakuowała się w poszukiwaniu cieplejszego miejsca czy zwyczajnie zdechła. Fakt faktem zostałam sama, aż w uszach cisza dzwoniła. Dobrze, że byłam zmęczona po całym dniu jeżdżenia po Transylwanii i udało mi się zasnąć. W przeciwnym przypadku istniałaby szansa że zaczęłabym "słyszeć głosy"...
Rano Pan Kustosz jak mniemam oprowadził mnie po zamku i znów zabrał do siebie nakramić:) Dogadywaliśmy się w większości na migi ale jak widać to międzynarodowy język. Dostałam oprócz śniadania jeszcze dwa jabłka na drogę:).

Mój zamek z zewnątrz

Barbakan a po prawe widać okienka mojego miejsca nocnego spoczynku.


Widok na dziedziniec
Całość zdjęć można obejrzeć na flikerze
Postaram się w miarę systematycznie publikować i opisywać kolejne miejsca tym bardziej, że naprawdę trafiłam na wiele interesujących.

Aaaa... To była ta sławna "noc wampirów", ale jakoś nic mnie w nocy nie pytało czy jadłam czosnek, ani nie pogryzło, no chyba że nie pamiętam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz