W firmie dzisiaj zahuczało od rana, taki "gorący" news, który zdominował całkowicie wszystkie inne doniesienia. Informacja, jakoby były podejrzenia, iż jeden z dyrektorów najwyższego szczebla został dotknięty nowym wirusem grypy. Całości przekazu dodaje jeszcze pikanterii fakt, że od rana jest nieobecny zarówno on jak i asystentka, która na marginesie wczoraj czuła się doskonale, a sekretariat jest zamknięty na cztery spusty. Ten drugi fakt jest chyba sprawą precedensową i powoduje największe spekulacje, jako że sytuacja, żeby nikogo nie było "na straży" departamentu, jak dotąd chyba nigdy nie miała miejsca. Dodatkowo nasze biuro graniczy ścianą z wspomnianym sekretariatem, jesteśmy więc niejako największą "grupą ryzyka":).
Reakcje powiem szczerze bywały różne, od najbardziej irracjonalnych po wręcz śmieszne. Przykładowo koledzy przeprowadzili wnikliwą dyskusję, jak teraz udać się do toalety chociażby umyć ręce skoro przecież on tam klamek dotykał, w rezultacie w szybkim tempie zostały zakupione jednorazowe chusteczki nasączone płynem odkażającym do biurowego użytku. Odbyto również strategiczną naradę czy włączać klimatyzację bo przecież jest "centralna" i "połączona" i coś tam może latać. Każdy również gorączkowo sobie przypominał każdy, nawet najdrobniejszy moment spotkania z owym dyrektorem na przestrzeni ostatnich dni, nawet zdawkowe "dzień dobry" na korytarzu, pod kątem tego co później dotykał, robił, na czym mogą znajdować się zarazki. Do gruntownych porządków jeszcze nie przystąpili, chociaż nie zdziwiłabym się rano gdybym zobaczyła ekipę deratyzacyjną. Jak przypomniałam, że ja przecież od połowy zeszłego tygodnia to zdążyłam oprychać, obkichać i obkaszleć cały pokój, włącznie ze znajdującymi się w środku sprzętami to aż się niektórzy zapowietrzyli. Jakoś wcześniej nie kojarzyli faktów, momo że w piątek wyglądałam jak z krzyża zdjęta. Starałam się ich pocieszyć, że skoro ja przeżyłam, to im raczej też nic nie grozi. Co najwyżej dwa dni wyjęte z życiorysu bedą mieli i po problemie, jak u mnie. Niektórzy nawet jeszcze się łudzą, że może w takim razie moja była "zwykła" a nie "świńska" i tak się zastanawiam czy nie wrzucić małej złośliwostki i nie pojechać się przebadać jednak. Z drugiej strony aż się boje sobie wyobrazić reakcji, gdyby się dowiedzieli że to prawda. Scenariusz z przedterminowym odesłaniem mnie do domu byłby chyba najbardziej łagodny i humanitarny z tych, które przychodzą mi do głowy...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz