piątek, 13 listopada 2009

Rozterki

Mam mały dylemat związany z jutrzejszym meczem Polska - Rumunia.
Nie da się ukryć, że kibic piłki nożnej ze mnie żaden, ale tak sobie pomyślałam że na reprezentacje to trzeba popatrzeć. Zastanawiałam sie czy się nie wybrać do jakiegoś pubu sportowego i nie pokibicować. Jak się postaram to nawet do rana zdążę jakiś szaliczek na drutach udziergać w biało czerwonych barwach. I teraz mam właśnie problem bo:
a) jak przegramy - co jest prawdopodobne, wstyd będzie paradować w tym szaliczku
b) jak wygramy, a ja będę zbyt intensywnie kibicować biało-czerwonym, obleczona w narodowe barwy - to mogę nie wyjść z tego żywa...
...no może jako że jestem kobietą dostanę taryfę ulgową i lekko mnie poturbują tylko...
Anyway - ani pierwsza ani druga opcja jakoś mi leży
Jest jeszcze trzecia opcja, pójść i zwyczajnie "palić Janicę", że ja to nie ja i absolutnie nie przyznawać się do narodowości. Trochę niepatriotyczne ale w imię wyższego dobra. Mogę jeszcze zawsze, żeby nie być posądzona o kłamstwo, jak ktoś zapyta wybełkotać pod nosem coś w rodzaju z "uhhhhggggooollski" i szybko uciekać w przeciwnym kierunku. Z resztą bełkotanie mam opanowane do perfekcji - codziennie rano w windzie w pracy trenuje. Rumunii są narodem niezwykle grzecznym i uprzejmym i na miliony sposobów życzą sobie, "miłego dnia", "miłej pracy" itp itd. Na początku nawet próbowałam się nauczyć kilku takich zwrotów grzecznościowych, na zasadzie HASŁO - ODZEW, ale jak na złość jak już się nauczę w kategorii "odzew" to zawsze zmienia się "hasło". Nawet "do widzenia" można tu powiedzić na kilka jeśli nie kilkanaście sposobów i szlag mnie jasny trafia, bo jak już mam na końcu języka przygotowane co chce powiedzieć to z drugiej strony pada coś nowego, niezrozumiałego. Koniec końców głos zamiera mi w gardle bo nie wiem czy jak odpowiem co sobie przygotowałam, to nie zabrzmi to jak rozmowa młota z butem, czyli wymiana uprzejmości w stylu: "- niech słońce będzie z Tobą" - "tak ja też lubie klopsiki", albo coś jeszcze bardziej idiotycznego. Jakby tego było mało to pracuje na ostatnim piętrze, więc po kolei muszę "wymieniać te uprzejmości" za każdym piętrem na którym zatrzyma się winda. Oczywiście, żeby nie być posądzoną o nieuprzejmość, wypracowałam inną taktykę - właśnie "bełkotu pod nosem". Ilekroć ktoś wysiada, rzucając na odchodnym pozdrowienie, ja wydaje z siebie serie bliżej nieokreślonych dźwięków, jednocześnie na przykład rozwiązując szalik machając nim wokół twarzy, lub przykładając chusteczkę do nosa, grzebiąc w poszukiwaniu czegoś w torebce i cały teatrzyk odstawiam na każdym pietrze na jakim zatrzyma się winda. Pewnie już powszechna jest opinia, że albo dręczą mnie jakieś nerwice, tudzież mam owsiki bo jestem najbardziej wiercącą się pasażerką. Jak już dojadę na moje piętro to mam jeszcze jedną przeszkodę w postaci ochroniarza, jako że ostatnie piętro zajmuje cały zarząd, to przed wejściem są dodatkowe bramki i recepcja z ochroniarzem i kamerami. Na szczęście już mnie rozpoznają, więc są tak uprzejmi że pomijają zbędne powitalne pitu pitu i tylko odbywa się rytuał kiwania sobie głowami, który dużo bardziej mi odpowiada jeśli mam być szczera. W każdym razie cały proces pozbawia mnie sił i wpadam do biura wykończona. Nigdy nie sądziłam że dwuminutowa podróż windą może być tak stresująca.
Ale wracając do meczu, bo jakoś dziwnie zboczyłam z tematu, to myślę że zrezygnuje z szaliczka i ewentualnie, w zależności od rezultatu, ewakuuje się przed końcowym gwizdkiem. Nie, żebym o siebie się bała. Absolutnie. O Rumunów się troszczę, bo jeszcze mogłabym komuś krzywdę zrobić przez przypadek, i po co...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz