Z wywiadu środowiskowego, który przeprowadziłam i tak podobno Bukareszt ma najlepiej rozwinięty węzeł komunikacyjny w porównaniu z resztą kraju. Reszty kraju jeszcze nie znam ale to czego mam okazję doświadczyć tutaj wprawia mnie w niebotyczne zdumienie. Pomijając fakt, że stanowi spore utrudnienie w codziennej egzystencji.
Zasadniczo (na szczęście) do pracy mam metro (które na marginesie też do rozwiniętych nie należy - zaledwie trzy linie) i nie muszę korzystać z dobrodziejstw pozostałych przewoźników. Trudno byłoby poza tym nazwać poruszanie się autobusami czy tramwajami "dobrodziejstwem". Największa myślę osobliwość na skale światową jest taka że w całym Bukareszcie nie ma rozkładów jazdy na przystankach... Początkowo myślałam że może rozkradli albo są w trakcie wymiany tablic. Popytałam zatem w pracy, a tu ZONK - tych rozkładów po prostu nie ma i nie było. Never ever. Zaczęłam więc drążyć temat bo zastanowił mnie ten fenomen z czysto organizacyjnego punktu widzenia. Po pierwsze skąd wiedzą jaka linia dokąd jedzie i co ważniejsze o której godzinie. Dowiedziałam się że funkcjonuje to w oparciu o mechanizm "badań ankietowych" a w dalszym ciągu o mechanizm "prognozowania". Mówiąc prościej, polega to mniej więcej na tym że przychodząc na przystanek najpierw pyta się oczekujących jak dawno odjechała interesująca nas linia, po czym szacuje się oczekiwany czas przyjazdu następnego pojazdu. Szacunek odbywa się na podstawie znajomości "zachowań" danej linii.
Kto zgadnie o co chodzi? :)Przykładowo linia 101 w tygodniu jeździ w godzinach 4.30 do 22.55 i odpowiednio dla danej pory dnia jeździ co 5, 7 lub 10 minut itd. Trzeba więc niejako być przygotowanym wcześniej do podróży autobusem, tramwajem czy trolejbusem ponieważ jedynym miejscem gdzie można taką informacje uzyskać jest strona przewoźnika. Improwizować się niestety nie da bo jak wspomniałam na przestanku nie ma ani tych prowizorycznych rozkładów ani nawet informacji jaka linia się na nim zatrzymuje...
Teraz można sobie wyobrazić jaki problem może to stwarzać do przyjezdnych, tym bardziej obcokrajowców, a dodam że są linie które kursują dla przykładu z taką częstotliwością:
więc jak się dobrze nie "oszacuje"to można dłuuuuuugo poczekać...Ja wypracowałam sobie przy tych kilku przejazdach, który miałam okazję doświadczyć metodę na "azymut" oraz "na żabę" czyli skokowo. Wygląda to mniej więcej tak że najpierw ustalam kierunek w jaki chce się dostać i wsiadam w pierwszy autobus, który się nawinie. Jak nieoczekiwanie skręci i zmieni kierunek wysiadam, cofam się, i wsiadam w następny potencjalnie jadący w tym właściwym:)
Przygodę życia przeżyłam również usiłując kupić bilet miesięczny w postaci "karty miejskiej" podobnej do naszej. Rzeczony można nabyć jedynie w wyznaczonych budkach przewoźnika, przypominających wielkością nasze ToiToie:) Mogłam się spodziewać że w momencie jak mi będzie to najbardziej potrzebne napotkam chyba jedyna osobą w tym kraju, która nie mówi po angielsku... Pani od początku zalewając mnie potokiem słów usiłowała mi wytłumaczyć że nie ma dla mnie nic, co mogłaby mi sprzedać. Ewentualności, że ktoś mówiący obcym językiem chce kupić bilet na więcej niż jeden przejazd, ba nawet ma zamiar na okrągłe 30, nie brała wogóle pod uwagę bo w sumie co ja mogę robić w tym kraju tyle czasu. Po 15 minutach dyskusji w stylu "rozmowa młota z butem" wraz z uciekaniem się do intensywnej gestykulacji, na odsiecz przybyła mi druga Pani stojąca za mną w kolejce. Zasadniczo przekazała Pani w budce w miejscowym narzeczu "że tak, ja jestem pewna że chce miesięczny". Nawet byłam tak miła i pozwoliłam uprzejmej pasażerce zakupić bilet, która po tym fakcie zostawiła mnie już samą przekonana że jesteśmy dogadane. Prawie... Regulacja prawna wygląda tutaj tak że trzeba dać dokument tożsamości i Pani wstukuje w komputer wszystkie dane po czym dostaje się się kartę z zadrukowanym nazwiskiem i numerem dokumentu. Tym razem szybciej zajarzyłam że mam dać paszport. Ciąg dalszy był taki że Pani starała mi się wytłumaczyć jak się używa karty, a ja jej że doskonale wiem. Niestety tak ja nie rozumiałam czego ona ode mnie chce, tak ona pozostawała głucha na moje zapewnienia. Jej zaangażowanie w cały proceder było tak wielkie że nawet sięgnęła po jakąś karteczkę i zaczęła coś pisać pewnie wychodząc z założenia że może słowo pisane będę w stanie pojąć... Na wszelki wypadek kiwałam głową i powtarzałam "da" oznaczające tak, bo doszłam do wniosku że Pani posunie się w następnej kolejności do jakiś demonstracji instruktażowych a wolałam raczej tego uniknąć. Nawet za cenę życia w nieświadomości jak się używa karty miejskiej:)
Jak dotąd chyba nigdy w życiu nie doświadczyłam takiej ulgi i zarazem tak błogiego uczucia spełnienia, jak po odejściu od budki z upragnioną kartą miejską w ręku:P

dla pocieszenia dodam że Rzym też nie posiada rozkładów jazdy na przystankach - i wówczas myślałam , że jest to jedyne znane mi miejsce które takowych nie posiada :)
OdpowiedzUsuńPaulina
najwyraźniej my żyjemy w cywilizacji:)
OdpowiedzUsuń